Der Bergdoktor

Jak przystało na emeryta, oglądam sobie telewizyjne seriale. Szczególną sympatią obdarzyłem ostatnio serial Der Bergdoktor („Górski lekarz”). Rzecz dzieje się w alpejskiej miejscowości położonej jakieś 50 kilometrów na południe od Monachium. Praktykę prowadzi tam niejaki dr Gruber. Przyjmuje w gabinecie usytuowanym w starym góralskim domku. Czasami jeździ też do swoich pacjentów zielonym, niezbyt nowym Mercedesem po idealnie gładkich, górskich dróżkach.
Gdy ma jakiś problem, pobiera krew i wysyła ją do badania do pobliskiej kliniki, gdzie też czasem zawozi pacjenta na badanie tomograficzne.
Wieczorami przy ognisku przed rodzinnym gospodarstwem popija czerwone wino lub kieliszek schnapsa z gruszek. Wszystko to w anturażu Alp, w pogodnej – jak uśmiech doktora Grubera – dolinie.
Po drodze do kliniki mija małą karczmę z hotelem, nieopodal biały kościół z wysoką, zakończoną cebulastym zwieńczeniem hełmem wieżą. Przy miejscowym rynku znajduje się urząd (Amt), wypożyczalnia sprzętu narciarskiego, apteka oraz wyciąg narciarski.
Żyć, nie umierać… No i odpocząć można od polityki, bo tą dr Gruber się nie interesuje. No ale, ale… Wydawało mi się to wszystko zbyt ładne, wręcz cukierkowe. Wspaniałe góry, wspaniali lekarze, brak kolejek w klinice…
No i miałem rację!
Gorliwy dr Gruber chciał pomóc pacjentce wymagającej szybkiego przeszczepu szpiku i zaczął na własną rękę szukać adresów jej krewnych. W tym celu udał się do miejscowego urzędu i po pewnych naleganiach otrzymał zgodę na wstęp do archiwum. Urzędnik wprowadził go do piwnicy i powiedział (muszę to zacytować):
– Tu ma pan wszystkie dokumenty ułożone datami. Od 1945 roku. Wcześniejsze spaliliśmy.
Ups! Postawiłem uszy na baczność. Ale nie było na ten temat żadnej rozmowy. O przyczynach zniszczenia dokumentów nie powiedział nic kompetentny urzędnik ani nie zapytał o to sympatyczny doktor.
Ja wiem, dlaczego pali się dokumenty! Przecież nie z braku miejsca w archiwum. Może w tej uroczej, sielankowej miejscowości zatrudniani byli robotnicy przymusowi? Może przy budowie tych gładkich dróg pracowali więźniowie z pobliskiego obozu? Może niepotrzebnie się domyślam? Może takie są przepisy w Niemczech? Zajrzałem do przepisów.
„Dokumenty samorządowe sprzed 1945 roku (czyli z okresu Republiki Weimarskiej, Cesarstwa Niemieckiego czy Trzeciej Rzeszy) podlegają w Niemczech całkowitemu i bezwzględnemu zakazowi niszczenia”.
I dalej:
„Wszelkie akta urzędowe z tego okresu mają obecnie status dóbr kultury i materiałów archiwalnych o szczególnym znaczeniu historycznym. Ich zniszczenie, uszkodzenie lub samowolne usunięcie z zasobów publicznych jest przestępstwem lub poważnym wykroczeniem”.
Nie wierzę w przypadki, dlatego interesuje mnie, z jakich powodów serialowy urzędnik ogłasza spalenie dokumentów w jednym z odcinków. Zapytam chyba producenta.
Krzysztof Dobrecki
