Striptiz dla ubogich
Striptiz
dla ubogich
Po latach stalinowskiego zamordyzmu i gomułkowskiej siermiężności na początku
lat 70-tych ubiegłego wieku powiało w Polsce Ludowej Zachodem. Na sklepowych
półkach pojawiły się kolorowe opakowania, zabłysły pierwsze reklamowe neony.
Przemian tych nie wymusiły robotnicze
protesty, bo niby skąd karmiony
komunistyczną propagandą robotnik
mógł wiedzieć, jak rzeczywiście ten
„zgniły Zachód” wygląda. Nie widział go
przecież nigdy, nie trzymał nawet w ręku
paszportu uprawniającego do przekraczania
granicy. Pamiętam plotki, w które
nie każdy chciał wierzyć, że na zachodzie
taki dokument ma każdy w domowej
szufladzie i na dodatek może z niego korzystać,
kiedy chce. Brzmiało to wtedy jak
bajka, mało zresztą kogo obchodząc, bo
robotnicy walczyli wówczas nie o neony
i kolorowe opakowania – o zagranicznych
wojażach nie wspominając – ale o chleb
i ewentualnie coś do niego.
Po co więc i komu ten „zachodni powiew”?
Wszystko wskazuje na to, że po
ćwierćwieczu siermięgi samym komunistom
odechciało się tego dziadowskiego
życia. Chcieli trochę poszaleć. Pomógł im
w tym wychowany na zachodzie Edward
Gierek, który – zostając I sekretarzem
Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej
– uchylił nieco okienka na zachodnią
stronę. No i powiało, nie dla wszystkich,
co prawda, ale resztki z pańskiego stołu
można było zaliczyć.
O ile zwykły obywatel PRL do sklepów „za
żółtymi firankami” wejść nie mógł wcale, to
do nowo powstałych – Pewexu czy Baltony
– już tak, mimo że często na towary w nich
oferowane nie mógł sobie pozwolić. Dlatego
też wielu zachodziło, by chociaż popatrzeć.
Teraz wyjaśnienie dla młodszych i dla
tych, co już zapomnieli:
Sklep za żółtymi firankami – punkt
handlowy przeznaczony wyłącznie do
obsługi uprzywilejowanych przedstawicieli
aparatu komunistycznej władzy,
łatwo rozpoznawalny po charakterystycznych
żółtych zasłonach w oknach wystawowych,
uniemożliwiających przechodniom
zaglądanie do środka.
Pewex i Baltona – sieć sklepów, w których
można było kupić za waluty zachodnie
(np. dolary, marki zachodnioniemieckie,
korony szwedzkie) towary niedostępne
lub trudno dostępne w zwykłych sklepach.
Posiadać coś z Pewexu znaczyło
być na topie, móc zaszpanować, zaistnieć
ponad przeciętność.
Sam szpanowałem po Trójmieście
pewexowymi dżinsami Rifle i składanym
wózkiem-parasolką, kupionymi za
dolce nabyte nielegalnie od handlarza
walutą, cinkciarzem zwanego (od angielskiego
„change money“, wymawianego
przez cinkciarzy „cincz many” lub
„cieńć many”).
W ten to sposób dotarliśmy do punktu,
w którym czas wyjaśnić genezę
powstania tytułu dzisiejszego felietonu
– „Striptiz dla ubogich”. Otóż wziął
się on stąd, gdyż w tamtych czasach ze
striptizem było identycznie jak ze sklepami
walutowymi. Niby na wyciągnięcie
ręki, ale nie dla wszystkich. Dlatego
też „striptizem dla ubogich” nazywano
podglądanie, a raczej oglądanie za friko
striptizerek występujących dla partyjnych
bonzów, tuzów przestępczego
półświatka i zagraniczniaków w sopockim
Grand Hotelu. Panie, przebierając
się w garderobie przy bocznym wejściu
do hotelowego baru Caro, specjalnie
uchylały drzwi, by całkowicie gratis –
na dodatek z płomiennym uśmiechem
– okazywać swe wdzięki ludowi pracującemu.
Bezsprzecznie była to pełna poświęcenia,
godna najwyższego uznania
obywatelska postawa, mająca swój
niezaprzeczalny wkład – może nie
w obalenie, ale w znaczące osłabienie
komunizmu na pewno.
Bogdan Żurek
