Moje miasto – moje marzenia
i kawałek drogi między jednym a drugim

Są takie dni, które smakują inaczej niż wszystkie. Pachną trochę wolnością, trochę śmiechem, a trochę odwagą, na którą odkładało się na „kiedyś”. I właśnie taki był ten dzień – dzień, w którym spełniłam jedno ze swoich małych-wielkich marzeń.
Bo widzicie… od dawna miałam w głowie pewien obraz. Kolorowy, lekko retro, z nutą wolności jak z amerykańskich filmów. Samochód Bulli T1 – ten kultowy, zaokrąglony, trochę jakby się uśmiechał do świata. Stał u mnie w domu… ale w wersji mini. Małe figurki na półce, które niby tylko zbierały kurz, a tak naprawdę pilnowały mojego marzenia, żeby kiedyś przejechać się nim naprawdę.
Wynajęłam go. Tak po prostu. Na swoje urodziny, tutaj, w okolicach Stuttgartu.
A potem zaczęła się magia.
Wyobraźcie sobie: droga wijąca się między zielonymi wzgórzami, powietrze pachnące wczesną wiosną, a my – w teksańskich stylizacjach, trochę jak z innej bajki, trochę jakbyśmy się urwały z planu filmowego. Kapelusze, frędzle, śmiech, który niesie się dalej niż dźwięk silnika.
Podjechałyśmy na pobliskie rancza. I nagle – jakby świat postanowił dopisać nam scenariusz – właściciele wychodzą… z koniem. Nie z telefonem, nie w pośpiechu. Z koniem. Na powitanie. Spokojnie, serdecznie, jakby czas na chwilę zwolnił tylko dla nas.
Potem restauracja, wspólny posiłek, rozmowy, które nie potrzebują zegarka. A na deser? Informacja, że w pobliskiej wiosce trwa coroczna impreza kobiet z okolicznych miejscowości.
I my tam. W tych naszych teksańskich strojach. Trochę inne, trochę odważniejsze. I nagle okazuje się, że ta „inność” jest najpiękniejsza. Że ludzie się uśmiechają, zagadują, a muzyka na żywo niesie nas gdzieś pomiędzy codziennością a czymś wyjątkowym.
Tańczyłyśmy. Śmiałyśmy się. Byłyśmy.
I wiecie co jest w tym wszystkim najważniejsze?
To nie był tylko dzień z samochodem marzeń. To był dzień, który przypomniał mi, po co warto wstawać rano
Bo życie to nie jest tylko praca, rachunki i „jakośto będzie”.
To też – a może przede wszystkim – cele.
Nie muszą być wielkie. Naprawdę.
Czasem to jest właśnie przejażdżka wymarzonym autem.
Czasem kurs tańca.
Czasem samotna kawa w ciszy.
A czasem odwaga, żeby w końcu zapytać siebie: kim ja właściwie jestem?
Bo kiedy wyznaczamy sobie cele – nawet te najmniejsze – zaczyna się coś niezwykłego.
Zaczynamy się poznawać.
Dowiadujemy się:
■ co nas cieszy tak naprawdę, a nie „bo wypada”
■ czego pragniemy, kiedy nikt nie patrzy
■ co nas wzrusza
■ co nas wkurza (to też ważne!)
■ gdzie czujemy się sobą.

To jest trochę jak rozmowa z samym sobą, tylko taka szczera. Bez filtra. Bez udawania. I nagle okazuje się, że nie jesteśmy tylko „osobą, która pracuje za granicą”.
Jesteśmy kimś, kto ma marzenia, gust, potrzeby, kierunek.
A kiedy już zaczynamy to widzieć… zaczynamy też o siebie dbać.
Dbamy o to, co nas buduje, a nie tylko „trzyma w pionie”.
Uczymy się mówić „tak” rzeczom, które nas karmią, i „nie” tym, które nas wypalają.
Rośniemy. Po cichu, ale prawdziwie.
I co ciekawe – życie zaczyna nam sprzyjać.
Jakby los mówił: „Aha, to ty w tę stronę idziesz?
No to chodź, pokażę ci kolejne drzwi”.
A przyjaciele?
Och… przyjaciele to osobny rozdział.
To oni są jak wisienka na torcie.
Bo można mieć piękny dzień – ale dzielony smakuje podwójnie.
Dziękuję moim dziewczynom.
Za śmiech. Za obecność. Za te dni słoneczne…
i te deszczowe, kiedy jedyne, co mamy, to siebie – a i tak wystarcza.
Do wszystkich Polaków tutaj, w Niemczech – i gdziekolwiek jesteście:
Praca jest ważna. Jasne.
Ale…
Nie zatracajcie siebie.
Dbajcie o swoje potrzeby.
Nawet te małe, ciche, trochę wstydliwe.
Spełniajcie je po kawałku.
Ja na przykład mam w domu… mapę marzeń.
Taką prawdziwą. Z wyciętymi obrazkami, opisami,
kolorami. Trochę jak projekt mojego życia.
Nie wiem, czy wszystko się spełni. Pewnie nie.
Ale wiecie co?
Usiadłam.
Zatrzymałam się.
Spojrzałam na siebie.
I to już było warte więcej niż połowa tych marzeń.
A ten dzień z Bulli?
To był dowód.
Że nawet coś, co latami stoi na półce jako figurka…
może nagle zaparkować pod twoim domem.
Wystarczy zrobić pierwszy krok.
Cześć, jestem Paulina Targońska… i chyba właśnie
spełniłam kolejne marzenie – bo od zawsze chciałam napisać swój artykuł do czasopisma. No i proszę…
Powodzenia życzę także Tobie…
