Nie każda droga prowadzi do celu

Rajd Budapest Bamako pachnie dieslem, kurzem i obietnicą przygody. Zaczyna się w huku silników i gitarowych riffach, ale tak naprawdę startuje dużo wcześniej. W marzeniach, w garażu, w mapach rozłożonych nocą na stole. W tym roku droga rzuciła nam wszystko: błoto, śnieg, piach, awarie i zwątpienie. Nie doprowadziła nas tam, gdzie planowaliśmy. Ale zaprowadziła nas dokładnie tam, gdzie trzeba było być.
Budapest Bamako nie zaczyna się na pustyni. Zaczyna się dużo wcześniej. W głowie, w garażu, w Excelu, w stresie, w rozmowach po nocach. Ale jest też ten jeden moment, kiedy wszystko staje się realne. Start na lotnisku Budaörs pod Budapesztem. Kilkaset samochodów. Zapach diesla. Hałas. Miss świata. Metallica z głośników. Ludzie, którzy wyglądają, jakby rozsądek zostawili już dawno za sobą i bardzo dobrze im z tym.
W takim miejscu człowiek czuje, że za chwilę wydarzy się coś dużego. Nie wiadomo jeszcze, co, ale wiadomo, że zwyczajnie nie da się już wrócić do codzienności. Droga ruszyła.
W tym roku jechaliśmy nie tylko po przygodę. Jednym z naszych zadań było dostarczenie kul i sprzętu ortopedycznego do szpitala St John of God w Sierra Leone we współpracy z organizacją Orthopedics for the Developing World. To zmienia perspektywę. Rajd przestaje być tylko rajdem. Staje się misją. Nadal jest kurz, zmęczenie i adrenalina, ale obok nich pojawia się odpowiedzialność.
Pierwszy cios przyszedł szybko. Już w Słowenii padł silnik. Cholerny, okryty złą sławą ZD30, trzylitrowy diesel Nissana. Siwy dym. Poszły tłoki. Dla wielu załóg to byłby koniec marzeń, początek odwrotu i długa lista powodów, dlaczego tym razem się nie udało. My zadaliśmy sobie prostsze pytanie: co teraz robimy?
Odpowiedź była krótka. Nie poddajemy się.
W 24 godziny wymieniliśmy silnik. Tak po prostu. Nowe serce dla Patrola. Lecimy dalej. Brudni, zmęczeni, niewyspani, ale z tą dziką satysfakcją, że jeszcze jesteśmy w grze. Na takich wyprawach są chwile, kiedy przygoda kończy się, a zaczyna charakter. To była jedna z nich.
Gonimy prom. Mieliśmy na niego wjechać w Genui. Rzeczywistość postanowiła napisać własny scenariusz. Ostatecznie dopadliśmy go w Barcelonie, piętnaście minut przed wypłynięciem. To nie był elegancki manewr. To był sprint przez Europę, jazda na adrenalinie i czyste niedowierzanie, że to się naprawdę dzieje. Kiedy wjechaliśmy na pokład, inne załogi stały już na rufie i kibicowały nam jak na finiszu odcinka specjalnego. Było w tym coś pięknego. Chwilowy triumf ludzi, którzy wiedzą, ile wysiłku kosztuje dotarcie choćby do takiego momentu.
Już na promie zawiązał się też nasz mały polski pustynny sojusz. Sześć załóg. Trzy Patrole, dwie Toyoty i Jeep. Sześć ekip złożonych z podobnych wariatów, którzy najwyraźniej uznali, że najrozsądniej będzie robić nierozsądne rzeczy razem. I tak już jechaliśmy. Raz bliżej, raz dalej, ale wspólnie. W rajdach samochody są ważne. Części są ważne. Paliwo, logistyka i czas są ważne. Ale prędzej czy później okazuje się, że i tak chodzi o ludzi.
Maroko przywitało nas twardo. W górach Rif jechaliśmy w strugach deszczu, który padał niemal poziomo. Drogi zamieniły się w galaretę błota. Zmyte potokami drogi, nieprzejezdne nawet dla naszych terenówek, samochody pływające w koleinach błota, koła szukały trakcji, a my szukaliśmy choćby chwili spokoju. To nie była pocztówkowa Afryka. W takich warunkach natura pokazuje, kto tu naprawdę rządzi.
Potem przyszła noc w Atlasie. Śnieg. Mróz. Ciemność. Reflektory przecinające mgłę w górach. Afryka lubi zaskakiwać tych, którzy myślą, że już wiedzą, czego się po niej spodziewać. A potem Midelt. Malowniczy, spokojny, niemal nierealny po tej nocnej przeprawie. Jeden z tych momentów, kiedy człowiek jest jednocześnie wyczerpany i zachwycony.
Była też Zagora i słynny Iriki Garage. Miejsce legenda. Echo dawnych opowieści o Dakarze. Dla nas obowiązkowy pit stop. Tam dobiliśmy klimatyzację. Tam na sztywno skręcono nam sprzęgło wiskotyczne, żeby silnik przestał się grzać. W normalnym świecie brzmi to jak prowizorka. Na rajdzie przez Afrykę to wyraz kompetencji i determinacji.
Po drodze były miasteczka i wsie, które trudno zapomnieć. Dzieci wybiegające na drogę po to, żeby nas pozdrowić. Osiołki, które zdawały się traktować ruch uliczny jako luźną sugestię. Szaleńcy na motorach i moplikach, pojawiający się znikąd. Na takich trasach nie da się jechać wyłącznie według roadbooka. Afrykańska droga żyje własnym życiem. Nie da się jej do końca zrozumieć. Trzeba ją zaakceptować taką, jaka jest.
A potem zaczęła się pustynia.
I wtedy wszystko nagle miało sens. Jazda po wydmach przy zachodzącym słońcu była czystą radością. Piasek, światło, długie cienie i samochody wspinające się po grzbietach wydm, jakby właśnie po to zostały stworzone. A nocą wyścig wśród kurzu. Reflektory, radio, instynkt i tuman pyłu, który zamienia każdy kilometr, i każdy zakręt w scenę z filmu. Dla takich chwil znosi się potem awarie, spanie byle gdzie i tygodnie przygotowań.
Na Erg Chigaga rozbiliśmy obóz pośród wydm. Rano obudził nas wschód słońca, który dosłownie zatrzymywał ludzi w pół kroku. Pustynia ma tę rzadką zdolność, by jednocześnie wyciszać i dawać energię. Niczego nie da się porównać do zapachu i ciszy pustyni o świcie. Człowiek siedzi w piachu, pije poranną kawę i przez moment naprawdę niczego więcej nie potrzebuje.
Chwilę później czas nagle przyspiesza, sześć naszych terenówek pędzi po dnie wyschniętego jeziora. Scena jak z Mad Maxa. Kurzu było tyle, że klasyczny szyk przestawał mieć sens. Trzeba było jechać obok siebie albo na zakładkę, żeby nie wjechać w tył auta przed sobą. Wspólna jazda oparta tylko na wyczuciu, zaufaniu i doświadczeniu. Przedziwny rodzaj tańca maszyn na granicy chaosu.
Dalej czekał nas odcinek wzdłuż granicy Algierii. Wojskowe checkpointy. Sahara Zachodnia. Psy rasy seter berberyjski kręcące się przy posterunkach. Kamienista pustynia, która bardziej niszczy niż zachwyca. Tam kończy się romantyczne myślenie o pustyni. Zostaje twarda praca auta, skupienie kierowcy i ostateczny test zawieszenia. Kamień po kamieniu. Wstrząs po wstrząsie.

Do mety dwudniowego maratonu w Dakhli, na granicy Mauretanii, dojechaliśmy. I właśnie tam nasz Patrol przestał patrolować. Nie dostawał paliwa. Nagle wszystko, co do tej pory było walką, przygodą i ciągłym ruchem, zatrzymało się w jednym punkcie. Koniec jazdy. Koniec planu. Początek nocnej operacji ratunkowej. Próby przywrócenia auta do życia. Rozbieranie, sprawdzanie, kombinowanie, kolejne hipotezy. Noc, zmęczenie i ta dobrze znana nadzieja, że może jeszcze się uda. I w tle ta świadomość, że wieziemy sprzęt medyczny, który musi pojechać dalej. I wtedy wszystko stało się jasne. Samochód może stanąć. Misja nie może.
Przeładowaliśmy sprzęt do innej załogi. To był moment prawdy. Już nie chodziło o nasz wynik, naszą ambicję i nasze rajdowe plany. Pomoc pojechała dalej. Dotarła na miejsce, dzięki naszym przyjaciołom. Misja wykonana.
Z naszym autem było gorzej. Lokalni fachowcy, którzy mieli je naprawić, ostatecznie dobili pompę paliwa. Tej części nie dało się zdobyć na miejscu. Trzeba było podjąć decyzję, której nikt nie lubi. Wycofujemy się. Trudno. Następnym razem może rzeczywiście pojedziemy Toyotą. Taką, którą da się przywrócić do życia młotkiem, spawarką i odrobiną dobrej woli.
Wracamy więc bez pełnego rajdowego happy endu. Bez zdjęcia z mety, o jakim marzy każda załoga. Ale wracamy z czymś, czego nie da się kupić ani dopisać na potrzeby ładnej opowieści. Z doświadczeniem. Z przyjaźniami. Z wdzięcznością. Z poczuciem, że choć nie wszystko poszło zgodnie z planem, sens tej drogi się obronił.
Bartek Czerwinski
