Kiedy ranne wstają zorze…

Do najpiękniejszych przeżyć estetycznych należy niewątpliwie obserwacja wschodu i zachodu słońca. Z wdzięcznością wspominam tego rodzaju przeżycia w Tatrach i w Alpach, na greckich i kanaryjskich wyspach, nad Amazonią. Ale najsilniejsze wrażenie zrobiły na mnie dwa wschody słońca w czasie podroży po Indonezji: nad wulkanicznym krajobrazem wokół Bromo (wschodnia Jawa) i nad Oceanem Indyjskim na wyspie Bali.
Po wyspach Sumatra i Sulavesi wylądowaliśmy na Jawie, w wielomilionowym mieście Yojakarta. Kolejnym celem naszej studyjnej podróży był wulkan Bromo. Jako zakwaterowanie służył nam skromny hotel Bromo Cottage. Kto chce przeżyć wschód słońca nad Bromo o 5.30, musi wcześnie opuścić nocne legowisko, by minibusem dotrzeć na górę Penanjakan (2770 metrów n.p.m.). Noc jest zatem krótka, pobudka już o 4.00. Autobus, trzęsąc niemiłosiernie, pokonuje powoli w ciemnościach 12 km wijącej się serpentynami drogi. Przepaści obok – dzięki Bogu – są w ciemnościach niewidoczne. Po dotarciu do celu lodowate powietrze zmusza do założenia swetrów. Natychmiast otaczają nas natrętni handlarze oferujący za 20 000 rupi (= 2 Euro) wypożyczenie ciepłego anoraka. Aż trudno uwierzyć, że za kilka godzin będzie tu upał sięgający 30 stopni. Na odcinku drogi do miejsca widokowego tubylcy przy zapalonych lampach gotują herbatę i parzą kawę. Niewidoczne jeszcze słońce powoli pokonuje ciemności i łagodnie rozjaśnia pomarańczowo- czerwono-żółte niebo. Spoza welonu mgły i pląsających małych chmur raz po raz daje się zauważyć rozległy masyw Tengger, wulkany Batak, Bromo i Kursi, a za nimi hen daleko Mont Semeru, najwyższy szczyt Jawy (3676 metrów n.p.m.), ze słupem wulkanicznego dymu. Nagle spoza tego wszystkiego wynurza się ognista kula słońca i powolutku wznosi nad horyzontem, nadając wszystkiemu nowych barw. Prawdziwe misterium! Każdy stoi urzeczony, jakby wryty w ziemię. Ciszę przerywa tylko szmer kamer uwieczniających to zapierające dech zjawisko natury. Nie są one jednak w stanie uwiecznić doświadczanych tu duchowych przeżyć i odczuć jedności człowieka z naturą.

Ale to nie koniec atrakcji. Autobusik zawozi nas z kolei na rozległe plateau, na tzw. kalderę, bez jakiejkolwiek roślinności. To dawny krater wygasłego wulkanu o średnicy 11 km., stanowiący podnóże wulkanu Bromo. Naszym celem jest krawędź tegoż wulkanu. Pieszo brniemy po szarografitowym piachu, który przy najmniejszym podmuchu wiatru wnika w oczy, w nos, we włosy. Słońce zaczyna prażyć, temperatura szybko wzrasta. Dla kogo wspinaczka na wulkan jest zbyt uciążliwa, wynajmuje „taksówkę”, czyli mężczyznę z wioski Tosari z jego mułem, który dowozi klientów aż do krawędzi krateru. Ostatni etap to równo 150 kamiennych stopni. Gdy osiągamy cel, na tej mistycznej granicy między ziemią a niebem szokuje niesamowity widok: w górze jasny niebieski firmament, w dole krateru kłęby pary wodnej, groźne błyski ognia i buchający z czeluści wstrętny odór siarki. Niektórzy wrzucają do krateru leżące u stóp kamienie albo kupione uprzednio od handlarzy kwiaty. Dlaczego kwiaty? W drodze przewodnik opowiadał nam barwnie interesującą legendę. Tutaj tylko jej fragment. Gdy Bromo lub inny z wulkanów się uaktywnia i wyrzuca z siebie kamienie, pył i ognistą lawę, tubylcy mówią, że „bogowie się gniewają”. Dawno, dawno temu bogowie pomogli zakochanej parze książęcej Roro Ateng i Joko Sengu, która długo nie mogła doczekać się dziecka, w uzyskaniu licznego potomstwa, a to przyczyniło się do bogactwa ich księstwa Majapalit. Ale nic za darmo! Za to szczęście musieli zapłacić bolesną cenę: ofiarować bogom ich najmłodsze dziecko – córkę Kesuma musieli wrzucić do ognistego krateru. Odtąd, w celu zdobycia łaskawości bogów, wrzuca się do krateru kwiaty. Nasyciwszy oczy niespotykanym zjawiskiem opuszczamy krawędź krateru, szczęśliwi, że wulkan nie uaktywnia się właśnie w tym dniu!

Dwa dni później znowu szczęście doświadczenia wschodu słońca, ale to już na wyspie Bali. Zakwaterowani jesteśmy w nowym, dopiero co wykończonym tzw. resorcie. Każdy ma do dyspozycji piękną oryginalną „chatę” w stylu balijskim, usytuowaną w kwitnącym ogrodzie, tuż przy brzegu oceanu. Wszystko nowiuteńkie, pachnące świeżością. Po trudach dwóch tygodni ciągłego przemieszczania się wreszcie komfort zasłużonego wypoczynku.
Oczywiście chętnie korzystamy z oferty miejscowych rybaków oferujących obserwację delfinów przy wschodzie słońca. Zatem znów krótka noc. W ciemności w niewielkiej łodzi odbijamy od brzegu. Szkoda tylko, że motor spalinowy swoim terkotem zakłóca ciszę natury. Na szczęście w miejscu, gdzie nasz rybak, znawca obyczaju delfinów, spodziewa się je spotkać, zostaje wyłączony. Idealna cisza. Gwiazdy jeszcze migoczą na niebie, które powoluteńku traci aksamitną czerń, staje się perłowoszare lub przechodzi w błękit. Nieliczne chmury oświetlone pierwszymi promieniami słońca stają się pomarańczowe, horyzont migocze turkusem i fioletem, tu i ówdzie pojawiają się różowe i niebieskie pasma. Jeszcze chwila i nagle unosi się nad oceanem ogromna ognista kula słońca. Kiedy wspina się powoli na nieboskłon, nasycając wszystko złocistym blaskiem, morze i nabrzeże są pogrążone w ciszy. Tylko gdzieniegdzie słychać krzyk mew i śpiew ptaków. A blisko nas raz po raz wyskakują z wody z nieprawdopodobną gracją – po dwa, po trzy lub pojedynczo – delfiny i łukiem w nią opadają. Niepowtarzalne spektakularne zjawisko, nie dające się z niczym porównać ani wyczerpująco do końca opisać.
Moje usta szepczą modlitewnie.
Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak
