Stoczniowcy za ladą

Za każdym razem, gdy jestem w ukochanym Gdańsku i widzę zamarłe stoczniowe dźwigi, mnie – byłego stoczniowca – trafia szlag! Tylko widok trzech samotnych krzyży z historyczną bramą utwierdza mnie w przekonaniu, że to nie fata morgana: kiedyś w tym miejscu 16 tysięcy stoczniowców budowało rocznie po dwadzieścia pełnomorskich statków.

Dewastacja polskiego przemysłu stoczniowego rozpoczęła się już na przełomie wieków, osiągając apogeum w latach 2008–2009. W wyniku decyzji Komisji Europejskiej, nakazującej zwrot rzekomo niedozwolonej pomocy publicznej, stocznie musiały wstrzymać produkcję. Wiązało się to z wyprzedażą majątku i utratą zamówień na budowę statków o wartości 6 mld złotych. Biorąc pod uwagę kooperantów, ponad 60 tysięcy pracowników znalazło się na bruku.

W tym samym czasie stocznie w Europie Zachodniej i Skandynawii kwitły, „podbierając” naszych najwyższej klasy fachowców. Do dzisiaj trwa ogołacanie Polski z tego, co najcenniejsze – z młodych, wykształconych Polaków. I nie chodzi wyłącznie o tych, którzy opuszczają kraj, oddając swoją wiedzę innym państwom. Oni bowiem tam przynajmniej pracują i zarabiają zgodnie ze swoim wykształceniem – oczywiście ku uciesze kraju osiedlenia, który „za darmo” ich pozyskał.

Chodzi o setki, jeśli nie tysiące absolwentów wyższych uczelni, których za pieniądze polskiego podatnika kształcono mimo równoczesnego zwijania „ich” gałęzi przemysłu. Dla kogo ich kształcono? Kto na tym skorzystał? Odpowiedzi na te pytania daleko szukać nie trzeba.

Budowniczowie statków w nowej roli.

Niestety, w znacznej mierze zostaliśmy sprowadzeni do roli jedynie odbiorcy, konsumenta, z trzydziestomilionowym rynkiem zbytu dla obcych produktów: od samochodów poczynając, na agrafkach kończąc. Zniknęły bezpowrotnie nasze stocznie wraz z całą wykształconą u nas kadrą spawaczy, monterów, ale i konstruktorów po polskich politechnikach. Zniknęły polskie silniki okrętowe i lokomotywy z Cegielskiego, autobusy, samochody i motocykle, kombajny i traktory rodzimej produkcji.

Nie dano nam szans na rozwój polskiej myśli technicznej i wynalazczości. Możni tego świata – oczywiście przy wsparciu naszych „targowiczan” – przyznali Polsce rolę podrzędną na tle europejskich krezusów, o światowych nie wspominając.

Niech nikogo nie zmyli opowiadanie, że na dawnych terenach stoczniowych buduje się dzisiaj nadal statki. Ta obecna namiastka produkcji to filie zagranicznych stoczni wykonujących u nas, bo taniej, tylko elementy kadłuba składane i wyposażane za granicą. Na stoczniowych terenach dzisiaj się nie produkuje, tylko baluje!

Fachowcy, którzy pozostali w Polsce, przeważnie dają sobie radę, imając się zajęć absolutnie niezwiązanych z wyuczonym zawodem. Osobiście poznałem panią Asię, inżyniera po „okrętówce” Gdańskiej Politechniki, i pana Michała, montera z uprawnieniami spawacza, prowadzących gastronomię w MONTOWNI w centrum Gdańska, przy ulicy Lisiej Grobli 7.

kulturalnych i dobrego jedzenia. Polecam zatem gdańską Montownię, a w niej „Potato u Foxa“, państwa Asi i Michała. Statkiem się u nich nie przepłyniemy, ale pyszności najemy. Uwaga! Na hasło MOJE MIASTO w „Potato u Foxa” – 10% zniżki!

https://www.montowniafoodhall.pl

Bogdan Żurek