Stojąc przy grobie…

Promienie słońca coraz słabsze, wczesny zmrok, opadające liście, nieprzenikalny
welon mgły, wilgoć i dotkliwy chłód. To listopad.
Nie należy on do najprzyjemniejszych miesięcy roku. Już nie prawdziwa jesień, ale jeszcze nie zima. Czas „pomiędzy”! I właśnie na początku listopada obchodzi Kościół katolicki współbrzmiące z przyrodą święta: Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny. W najdalsze zakątki ziemi, tam gdzie płoną znicze na grobach, przenika przez płytką powierzchowność codziennej krzątaniny i przypominamy sobie tych, którzy odeszli, myślimy o konieczności śmierci i przemijalności wszystkiego co ziemskie. Budzą się w nas refleksje o sensie naszego bytowania i o to, kiedy wybije „moja godzina”. Tych myśli i pytań nie da się zepchnąć w podświadomość, choć chętnie byśmy to zrobili. Bo nawet chrześcijaninowi nie przychodzi łatwo w obliczu śmierci śpiewać „Alleluja!”. Czujemy instynktownie, że życie w ogóle jest tajemnicą, w którą trzeba się wsłuchać, której trzeba się powierzyć.

Idziemy na cmentarze. Cmentarz – to miejsce inne niż wszystko na tej ziemi. Pasjonujące, mistyczne. Otwarte dla wszystkich, ale też pełne tajemnic. Smutne, ale przecież tyle w nim historii, godności i nadziei.
Idziemy do grobów naszych bliskich i kochanych: rodziców, dziadków, babć, rodzeństwa, współmałżonka, własnych dzieci, przyjaciół, współpracowników, dobroczyńców. Do grobów tych, których znaliśmy, ceniliśmy, którzy byli dla nas wzorem, uczyli nas, jak żyć i kochać, jak wypełniać obowiązki rodzinne i zawodowe, jak sprostać wyzwaniom, które postawił przed nami życie. Mamy ich przed oczyma i w sercu – z tą miłością, która nas kochali i dobrem, które dla nas czynili, ale również z ich błędami, ułomnościami i ograniczeniami, z racji których przez nich i z nimi musieliśmy także cierpieć. Jakąś część naszego życia zabrali oni nieodwołalnie ze sobą do grobu.
Idziemy do nich – jak za dni ich życia na urodziny lub imieniny – z kwiatami, symbolem naszej pamięci, miłości i wdzięczności. A jako prezent przynosimy światło – symbol naszej wiary w życie wieczne, nadziei na ponowne spotkanie i naszej modlitwy za nich; to chyba jej najbardziej od nas oczekują, o nią nas proszą, w przypadku, jeśli jeszcze potrzebują „oczyszczenia” i nie osiągnęli pełnej wspólnoty z Bogiem.

Stojąc zadumani nad grobami słyszymy pukający do drzwi serca i duszy pytania: Gdzie oni są – ci nasi zmarli? Czy wszystko, co po ich życiu zostało to tylko garstka popiołu, grób i kamień z ich imieniem i nazwiskiem? Czy oni naprawdę żyją dalej, pełniej i szczęśliwiej niż tutaj? Jak im tam jest na tym drugim, innym świecie? Jak odebraliby nasz obecny świat, gdyby dane im było mu się powrócić? Co chcieliby nam powiedzieć? Jakich rad udzielić?
Dzień Zaduszny – to święto Wszystkich Zmarłych, ale i nasze święto. Granica między nimi a nami rozmywa się. Jesteśmy jedną ludzką wspólnotą, z której jedni znajdują się już po drugiej, a inni jeszcze po tej stronie tego samego życia. Bo przecież we mszy za zmarłych modlimy się: „Dla Twoich wiernych, o Panie, życie się nie kończy, ale odmienia” (prefacja). Czym jest śmierć? Według chrześcijańskiej wiary – przejściem, przeprowadzką z doczesnego namiotu do wiecznego mieszkania u Boga, z obczyzny do ojczyzny, z daleka do „domu Ojca”. Tak nam przecież obiecał Chrystus Pan: „W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Idę przygotować wam miejsce” (Ewangelia według św. Jana 14,2-3). On powiedział też: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem” (J 14,6).

„Ja jestem” – a zatem to nie wydarzenie w dalekiej przyszłości, lecz coś, co jest już teraz, co „trwa”, co jest Osobą. To Chrystus – niezniszczalne Życie w Osobie. To wieczne życie możemy doświadczyć już tutaj, w tym przemijającym świecie doczesnym, jeżeli zwiążemy się z tym, który jest Życiem Wiecznym. Decyzja o naszym wiecznym losie zapadnie nie dopiero w dalekiej przyszłości, przy zmartwychwstaniu w dniu Sądu Ostatecznego; życie wieczne zaczyna się bowiem, realizuje, wydarza już tu i teraz. „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie” (J 11,25). Jeżeli tę odpowiedź wiary na nasze pytania bierzemy na serio, to prowadzi nas ona do następnych pytań, które kwestionują nasz dotychczasowy sposób życia. Czy to, co nas tak całkowicie, bez reszty, wewnętrznie i zewnętrznie pochłania, o co wszystkimi siłami ciała i ducha walczymy, jest rzeczywiście godne takich starań i wysiłków? Skoro u Boga czeka nas życie w pełni radości i szczęścia, czy warto uganiać się za każdą przyjemnością tego świata, stale żyjąc w lęku, że umknie nam coś bardzo istotnego? Tak! – w perspektywie wieczności rzeczy tego świata ukazują się w ich prawdziwym wymiarze i być może niejedno „wielkie i ważne” staje się czymś małym, a to, co zostało zaniedbane lub zapomniane, jawi się jako coś ogromnie ważnego.
Stojąc nad grobami bliskich wędrujemy też myślą do grobów ludzi nam nieznanych, ale przecież tak ważnych dla naszej „narodowej tożsamości”, do grobów tych, co oddali życie za Ojczyznę, za wolność, za którą tęskniono i o którą się bito przez stulecia, a której dar jest udziałem naszych obecnych pokoleń. To groby na ojczystej ziemi oraz rozsiane po całym świecie: na Syberii, w Normandii, w Tobruku, w Narwiku, na Monte Cassino, na dnie morskim i w górskich regionach. Większości tych grobów już nie ma. Ale pamięć o tych rodakach nie może zginąć. Bo – jak głosi napis na bramie wiodącej na cmentarz w Zakopanem –
Narody tracąc pamięć, tracą życie.
(fotografie – Pixabay)

ur. w 1940 r. Studia specjalistyczne odbył w Lublinie (KUL) i w Paryżu. Uwieńczył je tytułem doktora habilitowanego w zakresie teologii pastoralnej. Od 1986 r. posługuje duszpastersko w Niemczech (obecnie jest proboszczem w Monachium). Jest autorem wielu rozpraw, artykułów naukowych i popularno-naukowych, książek poświęconych liturgii, sakramentologii, teologii pastoralnej, teologii małżeństwa i rodziny, a także duchowości chrześcijańskiej.
