Matczyna miłość silniejsza niż wojna
Historia Bronisławy Bobryk – robotnicy przymusowej

1 listopada wspominamy naszych zmarłych. Odwiedzamy ich groby, zapalamy znicze, pogrążamy się w modlitwie i przywołujemy wspomnienia. W tym dniu warto pamiętać także o tych, których groby często pozostają zapomniane, a których życie naznaczyła wojna. O ofiarach hitlerowskiego reżimu, o ludziach, którym odebrano bliskich, młodość i nadzieję na normalne życie. Dla wielu z nich wojna nie skończyła się w maju 1945 roku – jej tragiczne skutki towarzyszyły im przez kolejne lata.
Wybuch wojny we wrześniu 1939 roku oznaczał dla Polski początek tragicznego okresu. 1września kraj zaatakowały Niemcy, a zaledwie 17 dni później, od wschodu wkroczyła Armia Czerwona. Polska znalazła się w kleszczach dwóch agresorów, którzy zgodnie z tajnym protokołem paktu Ribbentrop– Mołotow podzielili między siebie jej terytorium. W czerwcu 1941 roku Niemcy zaatakowały Związek Radziecki. Wraz z powoływaniem kolejnych roczników do wojska rosło zapotrzebowanie III Rzeszy na siłę roboczą. Setki tysięcy mieszkańców okupowanych krajów wywożono więc do Niemiec i Austrii, zmuszając do niewolniczej pracy w przemyśle i w gospodarstwach rolnych.
Słoneczny dzień na początku czerwca 1942 roku na zawsze pozostał w pamięci Bronisławy Bobryk, ze wsi Leszczowce w powiecie wołyńskim (obecnie Białoruś), której zapisane wspomnienia zachowały się do dzisiaj:
Otoczono naszą wioskę i kazano wszystkim wyjść z domów. Starców i dzieci odesłano do domów, a młodych, tak jak staliśmy, wsadzono do ciężarówek. Zawieziono nas do koszar, gdzie czekaliśmy pod niemiecką strażą, aż zgromadziła się odpowiednia grupa pracowników gotowych do transportu. W wagonie byliśmy tak upchani, że mogliśmy tylko stać. Nie można było usiąść na podłodze, mimo że był czerwiec i panował wielki upał. Wszyscy razem – kobiety i mężczyźni – jechaliśmy w takich warunkach przez dwa tygodnie. Często staliśmy godzinami na bocznych torach, bo pierwszeństwo miały transporty wojskowe.
Zawieziono nas do Linzu, gdzie podzielono nas na grupy do pracy. Jedni trafili do majątków, drudzy do pracy przy torach, a inni do gospodarzy. Ja trafiłam do gospodyni w miejscowości Baumgarten, w gminie Taufkirchen an der Pram, która posiadała pole i las.
Mój dzień zaczynał się o godzinie 4 rano, a kończył o 23. Do moich obowiązków latem należała praca przy obrządku bydła i w polu, natomiast zimą zajmowałam się wyrębem drzew i konarów w lesie. Praca nie była zmechanizowana – wszystko wykonywało się ręcznie. Do lasu szłam kilka kilometrów w drewniakach, a po powrocie czekała mnie praca przy bydle. Spałam w nieogrzewanym pomieszczeniu, często także w oborze, bo tam było ciepło.
Pracownicy przymusowi żyli pod stałą kontrolą. Byli pozbawieni swobody poruszania się i kontaktowania z rodakami z sąsiednich gospodarstw. Zezwalano im jedynie na uczestnictwo w niedzielnej mszy, podczas której musieli stać pod chórem, bowiem ławki przeznaczone były tylko dla Niemców. Bywały jednak wyjątki, niektórzy niemieccy gospodarze zezwalali na kontakty pomiędzy pracownikami przymusowymi. Mimo zakazów spotykali się więc oni potajemnie, wymieniali informacje i podtrzymywali się na duchu.
Tak doszło do spotkania Bronisławy z Władysławem, Polakiem pracującym w gospodarstwie w Gadern w Górnej Austrii. Narodziła się przyjaźń, która z czasem przerodziła się w miłość. Wiadomość o oczekiwanym dziecku przyniosła im ogromną radość, ale i niepokój o przyszłość. W sierpniu 1943 roku urodziła się Irena. Kilka dni później została potajemnie ochrzczona w kościele parafialnym w Taufkirchen an der Pram. Dzięki troskliwej opiece matki i przychylności niemieckiej gospodyni dziewczynka mogła w miarę spokojnie rozwijać się do stycznia 1944 roku.
Wtedy nastąpił kolejny cios, który Bronisława tak wspomina:
W 1944 roku zawiadomiono mnie, podobnie jak inne matki, o konieczności dostarczenia dzieci do miasta Schärding pod pretekstem przeprowadzenia badań stanu zdrowia. W rzeczywistości dzieci zostały nam siłą zabrane, a następnie wywiezione samochodami w nieznanym kierunku. Po pewnym czasie dowiedzieliśmy się, że przebywają gdzieś w okolicach Pasawy, jednak nikt nie potrafił dokładnie powiedzieć, gdzie. Aż do wiosny 1945 roku nie wiedziałam, gdzie znajduje się moje dziecko i co się z nim dzieje.
Wtedy nagle moja gospodyni przekazała mi wiadomość, że w miejscowości Wilhelming koło Utzenaich znajduje się tak cynicznie nazwany „ośrodek opiekuńczy” dla dzieci pracownic przymusowych. Informację tę potwierdziła również kobieta mieszkająca w pobliżu ośrodka. Dodała, że codziennie wynoszono stamtąd kilka ciał zmarłych dzieci.
Poszłam tam, aby sprawdzić, czy w ogóle znajduje się tam moja córka. Kiedy przybyłam na miejsce, podwórko było zawalone deskami i innymi odpadami, a po drugiej stronie ulicy znajdował się jakiś tartak lub skład drewna. W pomieszczeniach domu stały prycze, a na nich leżały dzieci – po kilkoro na jednej. Były tak wynędzniałe, że ledwo mogły się poruszać.
Miałam szczęście: również tam pracowała Polka. Z jej pomocą udało mi się odnaleźć córkę i wziąć ją na ręce. Kiedy chciałam wyjść z pokoju, zaskoczyła nas komendantka i zapytała: „Co się tutaj dzieje?”.
Odpowiedziałam: „To moje dziecko. Czy pani nie jest matką, że tego pani nie rozumie?” – tuląc jeszcze mocniej moją córeczkę do siebie. Wtedy wyszła z pokoju i odjechała na rowerze.
Niosłam córkę przez pola ponad 20 kilometrów. Cały czas towarzyszył mi ogromny strach, że komendantura dowie się o wszystkim i zgłosi przeciwko mnie doniesienie. Wiedziałam, że za zabranie dziecka z ośrodka może mnie spotkać surowa kara. Kiedy dotarłam do domu, wszystko opowiedziałam mojej gospodyni. To ona podjęła odważną decyzję, aby ukryć Irenę na innym gospodarstwie – u Theresy G. w Höbmannsbach.

To właśnie Theresa G. uratowała życie mojej córki. Wiedziała, jakie niebezpieczeństwo wiąże się z ukrywaniem dziecka, a mimo to zdecydowała się je przyjąć i otoczyć opieką. Zachowała tajemnicę i przez kilka tygodni, aż do końca wojny, troskliwie opiekowała się Ireną. Jej odwaga, poświęcenie i wielkie serce sprawiły, że moja córka przeżyła.”
Podobny los spotkał tysiące niemowląt pracownic przymusowych. Trafiały one do około 400 ośrodków położniczo-opiekuńczych. W ówczesnym Reichsgau Oberdonau (dzisiejszej Górnej Austrii) działało 15 takich placówek, w tym „Fremdvölkisches Kinderheim” w Wilhelming. Dzienna racja żywności dla niemowlęcia wynosiła tam zaledwie pół litra mleka i kostkę cukru. Niemowlęta umierały z głodu, zimna i braku podstawowej opieki.
Historyk Jens-Christian Wagner wyjaśnia:
Śmierć dzieci nie była formalnie nakazana, lecz stanowiła przewidywalny i w istocie zamierzony skutek tej polityki. Nie były to więc ośrodki opiekuńcze, lecz miejsca, w których poprzez systemowe zaniedbania i pozbawienie dzieci podstawowych warunków do życia skazywano je na śmierć.
Jakąż więc radość, a przede wszystkim jak wielką nadzieję poczuli robotnicy przymusowi, gdy wyzwolili ich Amerykanie. Jak wielkim szczęściem była chwila, kiedy Bronisława i Władysław mogli wreszcie bez strachu wziąć w ramiona swoje wspólne dziecko, Irenę. Oboje z nadzieją snuli plany na przyszłość. Chcieli jak najszybciej wrócić do Polski. Jednak ze względu na sytuację polityczną, a przede wszystkim zmianę polskich granic, powrót do rodzinnej wsi Bronisławy leżącej w powiecie wołożyńskim, nie był już możliwy, ponieważ miejscowość ta znalazła się w granicach Białorusi. Dopiero w sierpniu 1945 roku po raz pierwszy pojawiła się możliwość powrotu specjalnym transportem dla repatriantów do Dziedzic na południu Polski. Niestety, krótko przed wyjazdem Władysław zachorował na zakaźną chorobę i musiał zostać poddany kwarantannie.
W Dziedzicach Bronisława i Irena zostały zarejestrowane i otoczone opieką. Bronisława otrzymała również skromną pomoc finansową oraz przydział mieszkania we Wrocławiu. Jej radość była nie do opisania, gdy kilka tygodni później ukochany Władysław mógł wreszcie wrócić do niej i małej Ireny, która osłabiona wciąż nie potrafiła samodzielnie chodzić. Władysław znalazł dobrze płatną pracę w fabryce wagonów PAFAWAG we Wrocławiu, a jego ojcostwo zostało ostatecznie potwierdzone. Oboje planowali ślub. Jednak wojna nadal zbierała swoje okrutne żniwo. 3 czerwca 1946 roku wydarzyła się kolejna tragedia. Władysław, wracają z pracy, odłączył od grupy kolegów, aby zerwać kilka jabłek z przydrożnego drzewa. Wtedy nastąpił na minę – jedną z wielu, które wciąż znajdowały się na terenie dawnych fortyfikacji Wrocławia. Mimo natychmiast udzielonej pomocy nie udało się go uratować. Władysław wykrwawił się i zmarł. Zamiast ślubu, który miał odbyć się kilka tygodni później, Bronisława z córką Irenę musiały go pochować.
Bronisława nigdy nie wyszła za mąż. Zatroszczyła się jednak o wykształcenie córki Ireny, która wyszła za mąż i założyła własną rodzinę. Szczególną dumą napawały ją jej wnuki. Jeden z nich uzyskał tytuł doktora nauk, a drugi został księdzem katolickim. Bronisława Bobryk zmarła 31 stycznia 2008 roku.

Przez ponad 30 lat Bronisława bezskutecznie starała się o odszkodowanie za pracę przymusową. Wiele dokumentów zaginęło i przez długi czas nie było możliwości potwierdzenia jej pobytu na robotach przymusowych. Nie potrafiła również przypomnieć sobie nazwy miejscowości, w której podczas wojny przebywała jej maleńka córka Irena.
Dopiero kilka miesięcy temu autor tego artykułu odnalazł wiele ważnych dokumentów, które pozwoliły odtworzyć wojenne losy Bronisławy i Ireny oraz ustalić nazwy miejscowości związanych z ich historią. Niestety, stało się to zdecydowanie za późno dla tej dzielnej Polki.
W tej sytuacji zasadnym staje się pytanie, czy odszkodowania za pracę przymusową nie powinny być dziedziczone.
Andrzej Białas
